Historia PTIP - wywiad z Patrykiem Broś-Bąk z okazji wystawy "Wgląd" - Ludzie i Obrazy
Rozmawia Kalina Bielawska
patryk@ptip.pl
– Patryku, czy jesteś w stanie powiedzieć, jak to się stało, że powstał PTIP? Co cię do tego skłoniło?
– Otóż… chciałbym opowiedzieć taką historię. To zaczęło się wtedy, kiedy mieszkałem w Jarosławiu. Był to moment, w którym mieszkałem u rodziców i szukałem pracy jako terapeuta w Krakowie. Zauważyłem ogłoszenie, że poszukiwany jest terapeuta do pracy z grupą osób z zaburzeniem borderline. Osobą, która wystawiła to ogłoszenie, była Zuza. Podałem jej cenę, ale napisała, że w ramach swojej działalności nie stać jej na zatrudnienie mnie. Po jakimś czasie zaprosiła mnie jednak na swój jednodniowy festiwal w Krakowie, na który pojechałem. Na kolejnym festiwalu poprowadziłem już warsztaty. W ten sposób się poznaliśmy i ostatecznie założyliśmy stowarzyszenie.
– Dlaczego akurat stowarzyszenie o psychodelikach, terapii psychodelicznej, integracji?
– Ponieważ bliskie jest nam ludzkie cierpienie. Początkowo mieliśmy pomysł, żeby założyć działalność i zarabiać pieniądze, ale nie byliśmy pewni, czy będziemy mieli tylu klientów, by opłacać rachunki związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Dlatego zdecydowaliśmy się na stowarzyszenie, które nic nie kosztuje. Oczywiście samo stowarzyszenie nie daje bezpośrednich zysków finansowych, ale daje nam korzyść wizerunkową. Ludzie kojarzą nas jako tych, którzy założyli Stowarzyszenie Integracji Psychodelicznej, więc można powiedzieć, że jesteśmy rozpoznawalni.
– Jakie są cele stowarzyszenia?
– Cele są różne. Między innymi współpraca z instytucjami i jednostkami, które pokazują rzetelny wizerunek psychodelików w Polsce. Chcemy uświadamiać ludzi, czym tak naprawdę są psychodeliki i jak można je wykorzystywać w sposób, który nie zagraża życiu. Dla wielu osób wciąż kojarzą się z czymś nielegalnym, branym na imprezach dla chwilowej przyjemności. My pokazujemy inną perspektywę.
Ludzie przyjmują różne substancje psychoaktywne, ale niestety często nie robią tego w bezpieczny sposób. My chcemy pokazać, że jeśli już ktoś sięga po psychodeliki, to można zadbać o kontekst – miejsce, samopoczucie, obecność odpowiednich osób. A jeśli pojawi się trudne doświadczenie, można skorzystać z grup wsparcia, gdzie dajemy przestrzeń do rozmowy w bezpiecznej, nieoceniającej atmosferze.
– Czyli działacie też na rzecz osób, które miały trudne doświadczenia?
– Tak, to również zapisane jest w naszym statucie. Wspieramy osoby, które miały doświadczenie psychodeliczne i potrzebują o nim porozmawiać. Robimy to w towarzystwie specjalistów, którzy rozumieją temat i pomagają zintegrować przeżycie. Działamy też dla ludzi, którzy dopiero interesują się psychodelikami, ale nie mają rzetelnej wiedzy. Stąd również nasza rola w psychoedukacji – mówimy o zagrożeniach, korzyściach, możliwościach terapii psychodelicznej.
– Gdzie można znaleźć informacje, które udostępniacie?
– Przede wszystkim na stronie stowarzyszenia ptip.pl, gdzie publikujemy artykuły pisane przez naszych praktyków i wolontariuszy. Wiedza przekazywana jest również na grupach wsparcia, organizowanych przez różnych specjalistów. W planach mamy podcast, w którym chcemy rozmawiać z ekspertami, a także książkę o integracji doświadczeń – skierowaną do studentów i praktyków.
– Czy zachęcacie do stosowania psychodelików?
– Nie, absolutnie. W Polsce jest to karalne, więc nie możemy i nie chcemy tego robić. Nasze działania koncentrują się na integracji – czyli pracy przed, w trakcie i po doświadczeniu.
– Na czym dokładnie polega ta integracja?
– Integracja zaczyna się przed doświadczeniem – poprzez przygotowanie, odpowiednią dietę, intencję, nastawienie. Samo doświadczenie powinno przebiegać w bezpiecznych warunkach, z zachowaniem zasad set and setting: gdzie, kiedy i z kim. To znaczy, że nie łączymy psychodelików z alkoholem, nie używamy ich w tłumie nieznajomych na festiwalu, bo to moment, w którym percepcja i świadomość są szczególnie wrażliwe.
Po doświadczeniu następuje proces integracji. Najlepiej od razu następnego dnia, gdy przeżycie jest jeszcze świeże. Chodzi o to, by zapytać siebie: co to wnosi do mojego życia? Czego chcę więcej, czego mniej? Jakie realne działania mogę wprowadzić, by poprawić swoje życie i relacje? Integracja to właśnie przełożenie wglądu na konkretne zmiany w codzienności.
– Dobra, to jakbyś mógł dokończyć o tym doświadczeniu.
– I następnie samo doświadczenie, które jest przeprowadzane w bezpiecznych warunkach. Ważne jest zachowanie podstawowych zasad bezpieczeństwa – set and setting: gdzie, kiedy, z kim. To oznacza na przykład, że nie piję alkoholu, kiedy biorę grzybki, ale też nie idę na festiwale z nieznajomymi ludźmi, żeby brać grzybki czy inne psychodeliki. To są substancje, które poszerzają perspektywę wewnętrzną, w której nie jesteśmy w pełni świadomi tego, co się dzieje z naszym ciałem.
– Tak?
– Tak, dokładnie. Percepcja jest wtedy wyostrzona, dlatego bezpieczeństwo jest szczególnie ważne. A później następuje integracja. Najlepiej od razu na drugi dzień, żeby jeszcze na świeżo o tym porozmawiać – póki jestem w tej najbardziej intensywnej fazie po doświadczeniu, mimo że samo działanie substancji już się skończyło. Tu interesuje nas wgląd: co mogę z tym zrobić w codziennym życiu? Co to wnosi do mojego życia? Czy odpowiada na pytanie, czego chcę więcej, czego mniej? Co mogę zmienić, żeby było mi lepiej? Jak wyglądają moje relacje, gdzie jestem w życiu? Staramy się znaleźć odpowiedzi na te pytania i przekuć je w realne działania.
– Rozumiem. A powiedzmy jeszcze o tym, co się dzieje, gdy trafimy w niesprzyjające warunki, czyli o bad tripie. Macie na ten temat swój slogan, prawda?
– Tak. Nasz slogan brzmi: „Bad trip to nie koniec, to informacja”. To pewna ironia, bo tak naprawdę nie ma bad tripu – jest tylko informacja. Każde doświadczenie niesie informację o tym, gdzie jestem w życiu, co jest dla mnie dobre, a co złe, czy żyję w zgodzie ze sobą, czy moje relacje są wspierające, czy mnie drenują.
Należy pamiętać, że nawet nieprzyjemne doświadczenie ma swój przekaz. Możemy zmniejszyć ryzyko tzw. bad tripu, dbając o bezpieczeństwo i odpowiednie warunki. Ale nawet jeśli wszystko jest spełnione, wciąż może pojawić się coś trudnego, zaskakującego, nowego – i to też jest w porządku. Czasem to, co nazywamy bad tripem, to po prostu spotkanie z czymś, co długo wypieraliśmy – z bólem, żalem, smutkiem, którego nie przepracowaliśmy w młodości. I teraz wraca w ogromnej, przerażającej postaci. To może być trudne, ale jednocześnie daje szansę, żeby się z tym wreszcie zmierzyć.
– Czyli nawet takie trudne przeżycie można potem zintegrować, zobaczyć, o czym ono jest?
– Dokładnie. Psychodeliki – takie jak ayahuasca, grzyby psylocybinowe, amanita muscaria, MDMA, sasafras, LSD, San Pedro czy 5-MeO-DMT – nie chcą ci zaszkodzić. Trudno je przedawkować, a ich działanie polega raczej na pokazywaniu informacji o tobie. Konfrontacja z tym bywa niełatwa, bo ludzie często uciekają od swojego życia – w social media, w cudze historie. A tutaj trzeba się skonfrontować ze sobą. To nie zawsze jest przyjemne, ale niezbędne do rozwoju.
– I to jest właśnie rola PTIP?
– Tak. Naszym celem jest integrowanie doświadczeń – wyciąganie z nich jak najwięcej, patrzenie na nie z różnych perspektyw: emocjonalnej, psychicznej, interpersonalnej, społecznej. Chodzi o to, by coś, co początkowo wydaje się bad tripem, stało się wartością, która może realnie zmienić życie. To, co powtarzamy, to że psychodeliki w terapii nie muszą dawać tylko chwilowego uniesienia. Mogą mieć długotrwały, pozytywny efekt, który rzeczywiście wnosi coś nowego i wspiera rozwój na lata.
Dlatego Polskie Towarzystwo Integracji Psychodelicznej skupia w sobie specjalistów zdrowia psychicznego – psychologów, psychoterapeutów, lekarzy – którzy pracują z osobami po doświadczeniach psychodelicznych nad tym, aby przeżycia te miały trwałe, pozytywne konsekwencje dla ich życia i relacji. Nie interesują nas chwilowe doznania, ale długa, pozytywna zmiana.
– A czy do was można dołączyć? Trzeba spełniać jakieś wymagania? Albo można po prostu skorzystać z waszych ofert?
– Prowadzimy grupy wsparcia – na razie w większych miastach Polski – i zachęcam, że jeżeli ktoś szuka pomocy, chciałby z kimś porozmawiać, to warto odwiedzić stronę stowarzyszenia pod adresem ptip.pl. W zakładce „Grupy wsparcia” są aktualne informacje o tym, gdzie i kiedy działamy. Najlepiej skontaktować się z nami przez Messengera, na fanpage’u Polskiego Towarzystwa Integracji Psychodelicznej, albo napisać maila na adres biuro@ptip.pl. Staramy się odpisywać na bieżąco, choć musimy pamiętać, że stowarzyszenie działa non-profit i prowadzimy je w wolnych chwilach.
– A jeśli ktoś chciałby wesprzeć stowarzyszenie – finansowo albo zostać jego częścią?
– Zachęcam do wpłat na nasze zbiórki internetowe. Jeśli akurat nie ma aktywnej zrzutki, można napisać do nas i wtedy podamy odpowiednie informacje. Zebrane środki przeznaczamy na cele statutowe stowarzyszenia, w tym na prowadzenie grup wsparcia.
– A w przypadku, gdy ktoś jest terapeutą i chciałby z wami współpracować?
– Warto wtedy zajrzeć do naszego statutu, dostępnego na stronie internetowej. Jeżeli ktoś czuje, że chce wesprzeć realizację naszych celów, to zapraszam do kontaktu – najlepiej przez maila patryk@ptip.pl albo przez Messengera (patrykbrosbak-psychoterapeuta).
– A skoro już jesteśmy przy takich tematach rozwojowych – macie jakieś plany, marzenia, cele na przyszłość? W jakim kierunku chcecie iść?
– Chciałbym, aby w każdym średnim i dużym mieście w Polsce raz w miesiącu – albo raz na półtora miesiąca – odbywała się grupa wsparcia prowadzona przez specjalistów zdrowia psychicznego. Oprócz tego chcielibyśmy wydać podręcznik integracji psychodelicznej skierowany do studentów psychologii, pedagogiki, medycyny czy innych kierunków społeczno-humanistycznych, które koncentrują się na rozumieniu i rozwijaniu nauki o człowieku. Kolejnym marzeniem jest uruchomienie podcastu stowarzyszenia, w którym zapraszalibyśmy gości i rozmawiali o tematach ważnych i okołopsychodelicznych.
– Z czym najczęściej spotykacie się jako organizacja? Z czym przychodzą do was ludzie?
– Najczęściej pojawia się pytanie: jak integrować? To kluczowa sprawa, bo dróg integracji jest wiele. Można pracować werbalnie – rozmową, pytaniem i odpowiedzią, tak jak my teraz rozmawiamy. Czasem wystarczy uświadomienie sobie pewnych rzeczy, rozmowa, która prowadzi do tzw. olśnienia – nagłego, głębokiego wglądu, który niespodziewanie wnosi wartość. Innym razem integracja polega na zaplanowaniu działań: stworzeniu planu dnia, rozmowy, spisaniu wartości, pomysłu czy marzenia.
Drugą ścieżką jest praca z ciałem. Może to być ruch, masaż, praktyki somatyczne, uwalnianie emocji poprzez taniec, oddech, jogę, tai chi. Niektórzy zaczynają śpiewać, grać na instrumencie – i to także jest forma kontynuacji doświadczenia. Integracja nie musi być wyłącznie rozmową – może odbywać się poprzez ekspresję i ciało.
– Czy możesz podać przykład, jak dobre doświadczenie i integracja mogą zmienić życie?
– Zmiana może zajść w każdym obszarze. Może to być uświadomienie sobie, że to ja jestem odpowiedzialny za swoje decyzje. Albo dostrzeżenie siebie takim, jakim naprawdę jestem – bez nakładek w postaci cudzych oczekiwań, interpretacji czy ocen, które noszę od dzieciństwa, ale też tych, które codziennie słyszę od szefa czy partnera. Psychodeliczne doświadczenie potrafi „zrobić printscreen” – uchwycić najczystszy, najbardziej pierwotny fragment naszej tożsamości, który istnieje w każdym z nas, ale często przez całe życie pozostaje ukryty pod warstwami narracji i rozproszeń. To bywa przełomowe.
– Czy w takim razie każdy powinien spróbować psychodelików?
– Oczywiście, że nie. Psychodeliki nie są dla każdego. Nie są dla osób, które nie są gotowe na to doświadczenie i na zmierzenie się z prawdą o sobie. To być może największa zmiana, jakiej człowiek doświadczy w życiu. Może się nagle okazać, że relacja, w której tkwi, nie jest dla niego. Że praca wykonywana od trzydziestu lat nie daje sensu. Że miasto czy kraj, w którym żyje, mu nie służą. Psychodeliki zmieniają perspektywę – i to może być trudne. Dlatego pojawiający się lęk jest czymś naturalnym. Jeśli ktoś czuje strach przed przyjęciem dawki, to znaczy, że wszystko jest w porządku – bo to normalna reakcja na coś nieznanego. Właśnie dlatego ważne jest wsparcie – obecność osoby, która potrafi stworzyć poczucie bezpieczeństwa. Czasami wystarczy życzliwe spojrzenie, ciepła dłoń, spokojny oddech drugiego człowieka. To potrafi być kluczowe.
– Zauważyłam, że używasz też słowa „medycyna” zamiast „substancje psychodeliczne”. Dlaczego?
– Rozróżniamy te dwa pojęcia. Substancja to czysty związek chemiczny, natomiast „medycyna” oznacza coś więcej – kontekst rytuału, ceremonii, kolektywnego przeżycia, które od tysięcy lat towarzyszy tym praktykom. Użycie słowa wiąże się z intencją. Jeśli mówię „medycyna”, to moje nastawienie kieruje się ku uzdrowieniu: znalezieniu wartości, doświadczeniu połączenia ze sobą, z emocjami, z ciałem, z innymi. To przeciwieństwo rekreacyjnego podejścia, gdzie substancja staje się środkiem do zabawy.
Ten sam środek – np. LSD – użyty w dwóch kontekstach daje zupełnie inne efekty. Wzięty na imprezie da „kolorki” i śmiech, ale przyjęty z intencją odbudowy relacji czy powrotu do siebie może być potężnym narzędziem transformacji. Wszystko zależy od nastawienia i przygotowania.
– Czyli dobrze rozumiem, że zależy ci na tym, by to przyjmowanie miało formę bardziej ceremonialną – z przygotowaniem, sposobem podania i wspólnym przebywaniem – niż takie codzienne, prywatne użycie?
– Dokładnie. Słowa, których używamy, niosą określoną intencję. Gdy mówię „medycyna”, moje nastawienie kieruje się ku temu, by znaleźć wartość i przekaz, by doświadczyć połączenia z własnymi emocjami, ciałem i społeczeństwem w zdrowy sposób. To coś zupełnie innego niż rekreacyjne zastosowanie substancji, które można wykorzystać na wiele sposobów.
Tak naprawdę efekt doświadczenia zależy w dużej mierze od nastawienia. Jeżeli ktoś chce się po prostu pobawić i weźmie LSD na imprezie, prawdopodobnie będzie mieć kolorowe wizje, może dużo śmiechu. Natomiast to samo LSD, przyjęte z intencją naprawienia relacji z bliską osobą czy odnowienia kontaktu ze swoim ciałem, może mieć zupełnie inną jakość – zwłaszcza gdy wcześniej poświęci się czas na przygotowanie i świadomą pracę z tym zamiarem.
- Nie jestem przekonany, że psychodeliki będą kiedyś rutynowo podawane przez lekarzy w białych fartuchach, w sterylnych salach psychiatrycznych, w państwie – a właściwie w świecie – który sam w sobie jest zaburzony. Mamy dziś ogromną przepaść między tymi, którzy zarabiają fortuny, a ludźmi, których nie stać na podstawowy posiłek. Na każdym kroku bombarduje nas nadmiar bodźców: billboardy, reklamy, telefony, niekończący się strumień informacji. Część z nich działa podprogowo – są badania pokazujące, że takie komunikaty wpływają na nasze wybory, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Do tego dochodzi konsumpcjonizm. Człowiek jest zachęcany do kupowania rzeczy, których nie potrzebuje, a marketing tworzy sztuczne potrzeby tylko po to, by sprzedać produkt. W takim świecie trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której psychodeliki – a często nawet sam ekstrakt, pozbawiony wizualnego, duchowego wymiaru – podawane są w szpitalu przez kogoś, kto sam nigdy nie miał psychodelicznego doświadczenia. Sterylne warunki, pośpiech, presja „sprzedawać więcej, żyć szybciej” stoją w sprzeczności z tym, co te substancje mogą nam zaoferować.
Bo doświadczenie psychodeliczne często uświadamia: mogę zwolnić, nie chcę żyć w takim tempie. A to wizja, która wielu rządzącym – i nie mam tu na myśli samych polityków – może się nie podobać. Ludzie mogliby porzucać miasta, zmieniać swoje życie. W takim scenariuszu psychodeliki stałyby się tylko kolejnym „lekiem” na objawy, bez realnej zmiany: człowiek brałby substancję, a potem wracał do tych samych lęków, depresji i poczucia zagubienia, bo wciąż musi funkcjonować w tym samym, chorym systemie.
I to jest dla mnie największe wyzwanie integracji: jak wpleść tak głębokie doświadczenie w codzienność, w realia, których często nie da się po prostu porzucić. Nie każdy może wyjechać z miasta czy diametralnie zmienić styl życia, a jednak czuje, że otoczenie nie współgra z jego nową świadomością.
Dlatego tak ważna jest praca po doświadczeniu – praktyki somatyczne, śpiew, taniec, spacery w naturze, świadomy oddech. To sposoby, by podtrzymywać kontakt z ciałem i z tym, co przeżyliśmy, i by czerpać z tego siłę, gdy codzienność staje się trudna.
Trzeba też pamiętać, że czasem samo dopasowanie się do „chorego świata” wcale nie jest wskazane. Świadomość tego faktu jest już częścią integracji. A jeśli ktoś czuje potrzebę głębszej zmiany – przeprowadzki, nowej pracy, innego stylu życia – niech to robi, z poszanowaniem własnych granic i wyborów innych ludzi. Każda ścieżka jest indywidualna, ale właśnie ta uważność i zakorzenienie w codzienności pozwala naprawdę żyć głębiej.
- Na waszej stronie pojawia się informacja, że istnieje jeden psychodelik, który jest legalny i stosowany w szpitalach. Czy mógłbyś przybliżyć, o jaką substancję chodzi, w jakich sytuacjach się ją wykorzystuje i czy osoby po takim doświadczeniu otrzymują później wsparcie?
- Ketamina – to właśnie o niej mowa. Lekarze używają jej przede wszystkim jako środka znieczulającego, bo ketamina jest dysocjantem. Ale są już w Polsce kliniki, które prowadzą terapię z użyciem ketaminy w leczeniu depresji. To tak zwane wlewy ketaminowe, czasem podawane też donosowo w formie inhalatora. Po sesji zazwyczaj odbywa się dalsza praca terapeutyczna. Całość jest legalna.
- Czy w Europie – albo szerzej, na świecie – są jeszcze miejsca, gdzie terapia psychodeliczna jest legalna i dostępna w gabinecie, dla osób które czują, że to może być odpowiedź na ich problemy?
- W Europie są kraje, które zalegalizowały albo zdekryminalizowały takie praktyki. Oznacza to, że użycie substancji nie jest tam traktowane jako przestępstwo. Można wskazać Czechy, Holandię, Hiszpanię czy Portugalię.
Poza Europą przykładem jest Ameryka Południowa – Brazylia, Peru, Ekwador – gdzie psychodeliki od tysięcy lat są integralną częścią życia społecznego i religijnego. W Ameryce Północnej niektóre stany również dopuściły określone formy terapii psychodelicznej. Australia z kolei zalegalizowała stosowanie psylocybiny i MDMA w leczeniu depresji.
- Skoro psychodeliki są obecne w kulturach od setek czy tysięcy lat – w Chinach stosowano opium z makówek, w Polsce pojawiały się muchomory czerwone – dlaczego wciąż budzą taki lęk, zwłaszcza że nie ma podobnego strachu przed substancjami naprawdę uzależniającymi, jak alkohol czy tytoń?
- To wypadkowa wielu czynników: przekonań, zniekształceń poznawczych, lęku i braku własnego zdania. Rządzenie krajem, w którym ludzie są świadomi i w kontakcie z własnymi emocjami, jest znacznie trudniejsze. Społeczeństwem, które potrafi myśleć samodzielnie, trudniej manipulować, więc przez lata wytwarzano narracje zniechęcające do tych substancji.
- Jakie są przeciwwskazania do takiej terapii?
- Na pewno przyjmowanie leków psychotropowych, zwłaszcza antydepresantów z grupy SSRI, oraz poważne choroby serca. Ostrożność zaleca się też w przypadku diagnoz schizofrenicznych, choć niektóre badania to kwestionują. Ogólnie wciąż uczymy się, jak psychodeliki działają i jakie niosą ryzyko. Kluczowe jest rzetelne przygotowanie i prowadzenie przez profesjonalistę – to może być zarówno curandero, jak i terapeuta przeszkolony w pracy z poszerzonymi stanami świadomości.
- Czy są badania potwierdzające, że psychodeliki faktycznie zwiększają świadomość, a ten efekt zostaje z nami?
- Tak, badania pokazują, że doświadczenie psychodeliczne ułatwia obserwowanie własnych procesów myślowych, bez konieczności „bycia w umyśle”. Wiemy też, że psychodeliki obniżają aktywność ciała migdałowatego i innych struktur odpowiadających za lęk. Co ciekawe, w trakcie sesji – na przykład z LSD – lęk może się nasilać, ale efekt terapeutyczny to właśnie jego wyraźne zmniejszenie po doświadczeniu.